Co Cię nie zabije to Cię wzmocni

09/10/2016
258

W dążeniu do celu są momenty kiedy wszystko wydaje się grać idealnie jak podczas koncertu w berlińskiej filharmonii. Plan dopięty na ostatni guzik, zaplecze w postaci planu B,C,D na wszelki wypadek, motywacja na najwyższym poziomie i idzie się do przodu, realizując poszczególne etapy, które torują nam drogę do osiągnięcia celu. I nagle coś czego nie przewidziałby sam Nostradamus staje na naszej drodze. Kontuzja, choroba czy nagłe odcięcie sił na zawodach. Jak sobie z tym radzić, zwłaszcza gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że tym razem musisz odpuścić?

Zacznę od tego, że nie ma na świecie człowieka, który by takiego momentu nie doświadczył. Za przykład podam Usaina Bolta (obecnie najszybszego sprintera świata) czy Paulę Radcliffe (najszybsza kobieta biegająca maratony). Rekordzista świata i obrońca tytułu mistrza świata Usain Bolt został zdyskwalifikowany za falstart podczas biegu na 100 m podczas 13. lekkoatletycznych mistrzostw świata w Daegu. W złości na samego siebie zdjął koszulkę i rzucił ją na bieżnię stadionu. Usain był przygotowany na kolejne zwycięstwo i od samego początku mistrzostw traktowany jako faworyt. Nikt nie brał pod uwagę, że na oczach całego świata w drodze po kolejne podium, przeszkodzi mu falstart. W przypadku Pauli Radcliffe sprawa miała się nieco inaczej. Podczas igrzysk olimpijskich w Atenach w 2004 r. nie udało jej się zdobyć medalu, co więcej, z powodu wyczerpania musiała zejść z trasy na 36 km. Po prostu w pewnym momencie nie dała rady biec dalej, usiadła na krawężniku i się rozpłakała. Tutaj również było to na oczach świata. Jak i Bolt tak i Radcliffe z pokorą przyjęli porażkę, ale nie poddali się. Powrócili ze zdwojoną siłą by po raz kolejny zdobywać mistrzowskie tytuły.

Jak przełożyć takie lekcje z życia sportowców na życie codzienne ?

Myślę, że wszystkim dobrze znany cytat "co Cię nie zabije to Cię wzmocni" jest tutaj najbardziej adekwatnym sformułowaniem. Wiadomo, że z własnym życiem nie ma co eksperymentować i wystawiać go na wielorakie próby pt. ile w stanie jestem znieść, bo nie na tym rzecz polega ;) Mam na myśli, żeby kiedy rzeczywiście w danym momencie coś przekreśla naszą dalszą drogę to nie traktujmy tego jako ostateczny koniec! Pamiętajmy, że nie chodzi o to ile razy upadniesz, ale ile razy się podniesiesz :) 

Jak się podnieść ?

Najważniejsze aby najbliższe dni wyluzować. Przespać się ze swoimi myślami. Nie brać niczego " na gorąco" kiedy emocje rządzą naszym zdroworozsądkowym myśleniem!

Jeśli przyczyną jest kontuzja lub choroba to najpierw skupmy się na wypoczynku i powrocie do zdrowia, myślenie i niepotrzebne zamartwianie się odstawiamy na bok.

Nie dopuszczajmy do siebie myśli typu :"co powiedzą inni"? Opinia innych nie powinna nas w ogóle interesować. To my jesteśmy kowalami swojego losu i nikt za nas tego życia nie przeżyje, więc też nikt nie ma prawa nas oceniać, a co gorsza krytykować za to, że coś nam się nie powiodło. 

Pierwsze dni "po porażce" trzeba się wyciszyć i zdystansować. Posłuchać ulubionej muzyki, wyjść ze znajomymi do restauracji lub do kina. Całkowicie odłączyć się od tego pechowego momentu i poprosić innych, żeby nie prowokowali rozmów na ten temat.

Otaczajmy się życzliwymi i pozytywnymi ludźmi. Nic tak nie stawia na nogi jak dobre towarzystwo. Właśnie w takich chwilach to nasi bliscy są naszym największym oparciem, więc nie zamykajmy się w swoich czterech ścianach, unikając ludzi.

Kiedy minie odpowiednia ilość czasu, dla jednych tydzień a dla innych miesiąc, powróćmy myślami do momentu kiedy się nie udało. I co? Z perspektywy czasu nie wygląda to tak źle. To już należy do przeszłości, a żyć należy przyszłością :) Każdemu zdarzają się potknięcia. Nie myli się tylko ten kto nic nie robi. Nie eliminujmy w międzyczasie naszych dotychczasowych nawyków. Żyjmy tak jak zawsze, trenujmy w miarę możliwości, szukajmy dalszych inspiracji i celu, do którego będziemy dążyć. Gwarantuję, że radość z wielkiego "come back" sprawi, że na prawdę będziemy wzmocnieni fizycznie jak i psychicznie!