Stres - cichy zabójca

17/10/2017
393

Dzisiaj po bardzo długiej przerwie znalazłam czas na napisanie posta, który odnosi się praktycznie do wszystkich nas, ludzi żyjących w XXI wieku, a dla mnie to co napiszę ma szczególne znaczenie, ponieważ zdecydowałam się na szczere podzielenie się z Wami tym co w ukryciu stres wyrządził na moim ciele i duchu. No cóż jak to się mówi szewc w dziurawych butach chodzi ;) i nawet najbardziej dbając o zdrowy styl życia można dorobić się ciężkich chorób, które na pozór nie dają żadnych objawów, a wyrządzają straszliwe spustoszenie w organiźmie.

Nie będę pisać czym jest stres i jak się objawia w tej najczęstszej formie, bo jestem pewna, że każdy z nas w mniejszej lub większej mierze miał z nim w swoim życiu nie raz do czynienia. Stres ogólnie sam w sobie nie jest zły, to znaczy ten który trwa na chwilę i powoduje, że nasze ciało kumuluje w sobie całą energię na konkretne działanie. Z reguły powoduje pełną mobilizację, a to za sprawą uwalnianej w tym momencie adrenaliny i noradrenaliny - hormonów, które poprawiają krążenie oraz zwiększają częstotliwość rytmu serca oraz poprawiają napięcie mięśni. W okresach przeżywania większego stresu, takiego który trwa dłużej niż 20 minut wydzielany jest jeszcze kortyzol, który jest naturalnym hormonem steroidowym, który jeśli utrzymuje się w normie działa przeciwzapalnie i powoduje, że nie odczuwamy zmęczenia. Natomiast gdy w sytuacji długotrwałego stresu kora nadnerczy zaczyna produkować go w zwiększonej ilości i stres utrzymuje się przewlekle następuje wzrost poziomu glukozy oraz sodu we krwi, osłabiają się tkanki łączne w skórze i mięśniach, pojawia się bezenność czy nawet depresja.

Typowymi skutkami stresu są:

bóle głowy

podwyższone tętno

kołatanie serca

nadmierne pocenie się

drżenie kończyn

zaburzenia snu

spadek energii

niestabilność emocjonalna - agresja, płacz, depresja

Jak już nie raz wspominałam i podkreślać będę ten aspekt zawsze - każdy z nas jest inny i wyżej wymienione symptomy wcale nie muszą nas dotyczyć mimo, że jesteśmy stale poddani czynnikowi stresu. To znaczy niejednokrotnie zdarza się, że owe objawy następują dopiero po wystąpieniu wcześniej całkiem innych. Wtedy przechodzimy badania pod różnym kątem, doszukując się przyczyny pogorszenia się stanu zdrowia, odwiedzamy lekarzy różnych specjalizacji a wyniki są w normie! Jednak mimo to czujemy i widzimy że coś z nami jest nie w porządku. Tak jak do bólu to i do długotrwałego stresu nasze ciało się przyzwyczja i po jakimś czasie zaczynamy akceptować dany stan rzeczy, bo stwierdzamy, że "taka nasza uroda", "tak musi być"... Wcale nie!

U mnie zaczęło się w podobny sposób i dość niewinnie. Jakoś 3 lata temu kiedy zdecydowałam się na całkowitę zmianę otoczenia, życia i wyjechałam spróbować swoich sił (całkiem sama i bez jakiegokolwiek zaplecza czy planów B, C, D...) na zachodzie. Nie żebym twierdziła teraz, że zrobiłam coś źle lub decydując się żyć w innym kraju spisałam się na straty lub że żałuję. Nic z tych rzeczy. Gdybym jeszcze raz miała dokonać wyboru, zrobiłabym tak samo. Po prostu wtedy ruszyła lawina zdarzeń, które w większej czy mniejszej mierze zapoczątkowały u mnie przewlekłe odczuwanie stresu. Nie chcę się ani żalić ani opisywać co się po kolei działo. Każdy z nas niesie swój krzyż i ma w jednek sekundzie tysiące myśli i problemów, które spędzają nam sen z powiek. Dodatkowo obowiązki dnia codziennego, praca, dom, rodzina, szkoła, terminy, rachunki, kredyty, brak urlopu - to wszystko narasta w zaskakującym tempie i nasz organizm w pewnym momencie nie wytrzymuje... Jeśli dodatkowo cierpi ktoś na tzw. "perfekcjonizm" i podnosi sobie poprzeczkę nie do przeskoczenia, co w moim przypadku jest praktycznie na porządku dziennym to prowadzimy siebie na drogę do samodestrukcji. Przyznaję bez bicia - świadomie nie pozwalałam sobie odpocząć ani wyluzować z natłokiem myśli. Jedynym momentem kiedy przestawałam odczuwać dolegliwości wywołane ciągłym stresowaniem się był czas kiedy trenowałam i spałam. Brzmi kuriozalnie, ale tak było. Potrafiłam coraz to dłużej biegać czy trenować na siłowni, bo wtedy tak skupiałam się na sporcie, że wszystkie inne problemy odchodziły w niepamięć. Godzię po treningu nadal czułam się świetnie, bo wtedy działały jeszcze tzw. hormony szczęścia, czyli endorfiny, ale po jakimś czasie gdy znowu wracałam do "szarej rzeczywistości", bóle wracały. I tak pierwszym z objawów jaki dał o sobie znać to był ból w przełyku, który w trakcie jedzenia nie występował, po prostu tak jak teraz siedząc i pisząc coś na laptopie lub prowadząc samochód, idąc do sklepu, będąc w kinie itd. czułam jakby ktoś ściskał mnie za gardło. Następnie pojawił się ból głowy, ale tylko z lewej strony, który nawet maksymalną dawką leków przeciwbólowych nie chciał ustąpić. Kolejnym etapem był ból z prawej strony pod żebrami, nie wynikający z problemów trawiennych ani niczego związanego z tym co jadłam, bolało nawet jak byłam na czczo lub długo po posiłku. Później dopiero doszły typowe objawy przewlekłego stresu jak problemy z zasypianiem, drażliwość, agresja na zmianę z apatią. Tylko i wyłącznie dlatego że czułam się bezsilna wobec tego co mi jest, a szereg badań jakich się poddawałam, aby wykluczyć ewentualne choroby nic nie wykazywał. Mimo zwiększonego dbania o swoje ciało, odżywiania się jak książka do dietetyki pisze, odpowiedniego nawodnienia, aktywności, nie picia alkoholu, nie palenia papierosów, nie stosowania żadnych używek to jednak mój organizm zaczął podupadać, a to wszystko za sprawą tylko jednego - stresu. Nawet przy tak zdrowym sposobie odżywiania jaki prowadzę doszło do zaburzenia wchłaniania witamin co spowodowało utrudnione gojenie się ran, bladość i suchość skóry. Doszukiwałam się wszystkiego możliwego, a na końcu dopiero popatrzyłam w głąb siebie i zrozumiałam, że jeśli nie zmienię podejścia do wielu spraw, jeśli nie przestanę się tak niepotrzebnie przejmować na zapas i gonić siebie samą, żeby udowodnić niewiadomo co, to przed ukończeniem 30 roku życia, nieważne jakbym się zdrowo odżywiała i ile ćwiczyła, byłabym wrakiem człowieka.

Życie mamy tylko jedno i nie ma co zażynać się o przyszłość, która może całkowicie inaczej wyglądać niż sobie ją właśnie w tym momencie wyobrażamy, że będzie. Wiadomo trzeba marzyć i planować, bo to nadaje naszemu życiu sens i sprawia, że mamy ochotę wstać następnego dnia z łóżka, ale nigdy przenigdy nie wywierajmy na sobie ciśnienia, że coś musimy, że coś musi być tak czy siak. Dlaczego dzieci są szczęśliwe? Ponieważ one żyją tu i teraz, nie analizują swoich myśli, zachowań i słów. Nie żebym zachęcała teraz dorosłych do tego abyśmy przenieśli się do przedszkola czy podstawówki, po prostu spróbujmy mieć choć odrobinę beztroski jaką mają dzieci i jeśli mamy na coś ochotę, zróbmy to, jeśli mamy czegoś żałować to żałujmy czynu a nie że nie spróbowaliśmy, jeśli chcemy się zdrowo zestarzeć i z uśmiechem na twarzy wspominać nasze życie to cieszmy się tym co mamy, tym dniem, tą chwilą, nawet jeśli wydaje nam się nudna jak flaki z olejem. Wszystkie choroby zaczynają się w głowie, to wszystko zależy od naszego sposobu myślenia. Jeśli będziemy się zadręczać na zapas, to nasze ciało odpłaci nam się prędzej czy później, bo nie jesteśmy robotami i w końcu jakiś organ może odmówić posłuszeństwa.

Odkąd pracuję w służbie zdrowia, mogę śmiało powiedzieć że 90% pacjentów było i jest chorych ze względu na pesymistyczne podjeście do życia i ciągły stres. Niezaprzeczalnie jest to choroba XXI wieku, z którą trudno wygrać. Moja rada w tym miejscu jest następująca: rozmawiajmy. Nie zamykajmy się ze swoimi przemyśleniami, obawami i problemami przed innym, bo żyjemy w dobie portali społecznościowych gdzie każdy tylko się chwali super życiem, ale wszyscy dobrze wiemy, że tak nie jest. Każdy z nas ma problemy i nie musimy się z nimi dzielić na łamach facebooka, pod żadnym pozorem! Dzielmy się z nimi z najbliższymi. Po to są rodzina i przyjaciele, żeby się nawzajem wspierać. Szukajmy oparcia w drugim człowieku. Właściwa osoba u boku jest najlepszym lekarstwem na każdy ból. Nie wstydźmy się niczego, bo nic co ludzkie nie jest mi obce :) Jeśli ktoś nas nie zrozumie to nie poddawajmy się od razu, na świecie są miliony osób czujące i myślące podobnie, szansa że taka osoba jest w pobliżu jest na prawdę ogromna, tylko trzeba ROZMAWIAĆ i za żadne skarby nie odpowiadać na pytanie "hej co Ci jest?" - "a nic, nic mi nie jest"... Jeśli jest to mówić i pozbywać się balastu. Mam nadzieję, że tym postem pomogłam choć odrobinę rozjaśnić spojrzenie na siebie samych :) szczęśliwego dnia !