Przeglądasz teraz

Publikacje

60 Postów

Miód Manuka - płynne złoto

13/12/2017
411
Miód Manuka to moim zdaniem absolutny must have w każdej domowej apteczce. Tak - w apteczce, nie w szafce z żywnością :D Miód ten jest rewelacyjnym antybiotykiem wszelkiego sortu! Zabija wszystkie bakterie, wirusy i pasożyty. Manuka to krzew rosnący w Nowej Zelandii i nektar z kwiatów tego krzewu jest właśnie najlepszym, naturalnym remedium na wszelkie infekcje. Sama jestem antagonistką jeśli chodzi o antybiotyki syntetyczne, czyli takie które w ostatnich latach są aż nadmiernie stosowane i przepisywane przez lekarzy nawet na najmniejsze infekcje bakteryjne, ba nawet na wirusowe, gdzie przecież rzadko kiedy znajdują zastosowanie, ponieważ antybiotyki nie zabijają wirusów. Lekarze przepisują je w obawie, że niedoleczona choroba o podłożu wirusowym mogła się przekształcić w bakteryjną. Tak czy siak antybiotyki syntetyczne są w ogormnym nadużyciu i przebiegłe bakterie zaczęły się na nie uodparniać. Bardzo widoczne jest to w szpitalach, gdzie powstają już szczepy tzw. "super bakterii", które nie reagują w ogóle na antybiotykoterapię. Wiem o czym piszę, ponieważ sama zetknęłam się z jedną z nich, która niestety jest wpisana w ryzyko zawodowe personelu medycznego, a mianowicie gronkowiec złocisty. Jest to bakteria, która naturalnie bytuje np. na naszej skórze lub w gardle i jeśli organizm jest zdrowy i silny to układ immunologiczny spokojnie sobie z nią radzi i nie powoduje szkód. Gorzej natomiast zaczyna się dziać jeśli bakteria ta wtargnie do krwioobiegu - wtedy może grozić to nawet śmiercią, ponieważ szczep tej bakterii o nazwie MRSA (methicillin resistant staphylococcus aureus - gronkowiec złocisty oporny na metycylinę, czyli wszystkie antybiotyki beta-laktamowe z grup penicylin) może wywołać sepsę, która jest największym zagrożeniem dla pacjenta operowanego bądź poddawanego jakimkolwiek zabiegom szpitalnym. No i właśnie naukowcy i naturopaci zaczęli zachodzić o głowę jak zabić takie bakterie, które nie reagują na standardowe metody leczenia. Najprościej, czyli naturą! Hipokrates sformułował cenne zdanie: "Jeśli w przyrodzie jest choroba, jest tam również lekarstwo". No i właśnie idąc tym tropem udało się znaleźć lekarstwo nawet na MRSA, czyli Miód Manuka. Przeprowadzono i przeprowadza się nadal mnóstwo badań nad skutecznością działania i właściowościami antybakteryjnymi tego miodu i sceptycznie, ale jednak sfera medyczna zaczęła się przekonywać do tego, że w sytuacjach beznadziejnych warto jednak sięgnąć po naturę. Niestety przez to że jeszcze wieloma klinikami i lekarzami rządzą koncerny farmaceutyczne, nie spotkamy się z tym, że przy "zwykłych" infekcjach bakteryjnych jak np. angina, owrzodzenia czy nawet trądzik będzie nam polecany Miód Manuka, lecz niestety antybiotyki, a co gorsza antybiotyki w połączeniu ze sterydami, których skutki uboczne dosięgają każdego pacjenta, są nadal numerem 1 w proponowanej terapii. O czym warto jeszcze wspomnieć to fakt, że podczas stosowania antybiotyków zabijamy nie tylko te złe, ale i te dobre bakterie bytujące w naszym organiźmie. Człowiek żyje w symbiozie z wieloma mikroorganizmami i jeśli byśmy się ich wszystkich z nas pozbyli to byśmy umarli. Dziwne, lecz prawdziwe. Antybiotyki niszczą florę bakteryjną jelit, do tego stopnia, że po zakończonym leczeniu, flora potrzebuje aż 6 miesięcy czasu, żeby się odbudować. Zniszczona flora bakteryjna jelit powoduje niedrożność, problemy trawienne, wzdęcia, bóle a nawet krwawienia wewnątrzjelitowe. Miód Manuka jest całkowicie bezpiecznym środkiem, ponieważ zabija tylko te złe bakterie nie naruszając flory bakteryjne jelit. Jakiś czas temu sama miałam niemiłą przygodę z anginą, która nie dość że wywołała u mnie gorączkę z piekła rodem to jeszcze ból gardła nie pozwalał mi wypowiedzieć słowa, a co dopiero pić czy coś jeść. Zdecydowałam się kupić Miód Manuka i 3 razy dziennie pół godziny przed posiłkiem (co w moim przypadku było wtedy rosółem i różnego rodzajami zup) brałam po 2 płaskie łyżeczki tego miodu. Też miałam obawy czy aby na pewno dobrze robię nie idąc do lekarza, nie biorąc żadnych lekarstw (tylko paracetamol przed snem na zbicie gorączki) no i po 5 dniach nie było śladu po chorobie. Trzeciego dnia czułam się już tylko lekko rozbita, ale mogłam normalnie funkcjonować - jeść i pić, a w kolejnych dniach było już tylko lepiej. Sceptycy będą mówić, że placebo, inni że silny organizm, ale ja znam siebie i wiem, że ani jedno ani drugie w tak krótkim czasie nie postawiłoby mnie na nogi. W życiu przeszłam kilka razy anginę i każda trwała minimum 10 dni - będąc na antybiotykach! Tym razem w mniej niż 7 dni udało mi się wrócić do zdrowia, więc z własnego doświadczenia będę polecać Miód Manuka wszystkim zmagającym się z przeziębieniami, grypą czy właśnie anginą. Ponadto miód ten idealnie działa na skórę - przyśpiesza oczyszczanie i gojenie się ran, zwalcza trądzik i poprawia wygląd różnego rodzaju blizn. Wystarczy położyć cienką warstwę miodu na skórze na kilka godzin, a następnie zmyć ciepłą wodą i taki zabieg powtarzać regularnie co parę dni. Ale który Miód Manuka jest tym najlepszym jeśli chodzi o działanie antybakteryjne?    Bardzo istotnym jest zawartość MGO. MGO to methylglyoxal - organiczny związek o wzorze C3H4O2 należący do grupy aldehydów, który powstaje podczas glikolizy – przenikania glukozy do komórek ciała i przekształcania jej na energię. Badania wykazały, że związek ten ma właściwości antybakteryjne i przeciwutleniające. MGO został wyizolowany z nowozelandzkich miodów manuka, gruntownie przebadany i opisany przez niemieckiego profesora Thomasa Henlego w 2007 roku.Methylglyoxal występuje praktycznie we wszystkich rodzajach miodów (zazwyczaj występuje w stężeniu maksymalnie 10 mg na kilogram produktu). W polskich miodach znajdziemy jedynie śladowe ilości tego związku, jednak miodem, w którym MGO występuje w zadziwiająco dużych ilościach, bo nawet ponad 550mg/kg jest miód Manuka. Właśnie im większe stężenie methylglyoxalu tym lepsze jego działanie antybakteryjne. Z ciekawości wypróbowałam wersję tańszą, czyli z ilością tylko 30mg MGO oraz droższą z ilością ponad 550mg. Werdykt jest w tym wypadku jednoznaczny - na zdrowiu nie warto oszczędzać. To właśnie miód z większą zawartością MGO postawił mnie szybko na nogi podczas anginy, natomiast ten z mniejszą nie radził sobie nawet z przeziębieniem, więc stosuję go głównie jako zdrowy dodatek do herbaty z imbirem lub cytryną, bo ogólnie miody są bardzo wskazane na wszlekie stany zapalane toczące się w organiźmie!   Drogi rodzicu - jeśli chcesz uniknąć nieprzyjemnych wizyt u lekarza rodzinnego ze swoją pociechą, która złapałaby jakąś infekcję to podawaj dziecku rano i wieczorem dwie łyżeczki Miodu Manuka. System odpornościowy małego dziecka jest o wiele słabszy niż dorosłego, a zwłaszcza dzieci które z różnych względów podczas niemowlętctwa nie były karmione mlekiem matki lub dość szybko zostało ono odstawione na rzecz mleka następnego. W tym miejscu apeluję również o rozwagę jeśli chodzi o faszerowanie małych dzieci antybiotykami. Jeśli jest możliwość należy poprosić lekarza rodzinnego o wykonanie szybkiego testu na sprawdzenie czy infekcja, z którą zmaga się nasze dziecko jest o podłozu bakteryjnym czy wirusowym. Ważnym jest żeby rodzic świadomie podejmował decyzję o podaniu dziecku antybiotyków. Im częściej dziecko je zażywa, tym w wieku dorosłym będzie na większość uodporniony, nie wspominając o szkodach jakie wyrządzają one wewnątrz organizmu.    Czasami warto dłużej przeleżeć w łóżku i dać czasu swojemu systemowi odpornościowemu, który jest niesamowitą i cudowną maszynerią do zwalczania patogenów. Natura bardzo dobrze wie co robić. Możemy jej pomóc dbając o siebie, odżywiając prawidłowo, wysypiając się dużo i suplementując od wewnątrz - miodem, sokiem z malin, wyciągiem z pestek z grejpfruta, imbirem, probiotykami, acerolą, a wizyty w aptece przestaną być codziennością ;)
Czytaj dalej

Stres - cichy zabójca

17/10/2017
412
Dzisiaj po bardzo długiej przerwie znalazłam czas na napisanie posta, który odnosi się praktycznie do wszystkich nas, ludzi żyjących w XXI wieku, a dla mnie to co napiszę ma szczególne znaczenie, ponieważ zdecydowałam się na szczere podzielenie się z Wami tym co w ukryciu stres wyrządził na moim ciele i duchu. No cóż jak to się mówi szewc w dziurawych butach chodzi ;) i nawet najbardziej dbając o zdrowy styl życia można dorobić się ciężkich chorób, które na pozór nie dają żadnych objawów, a wyrządzają straszliwe spustoszenie w organiźmie. Nie będę pisać czym jest stres i jak się objawia w tej najczęstszej formie, bo jestem pewna, że każdy z nas w mniejszej lub większej mierze miał z nim w swoim życiu nie raz do czynienia. Stres ogólnie sam w sobie nie jest zły, to znaczy ten który trwa na chwilę i powoduje, że nasze ciało kumuluje w sobie całą energię na konkretne działanie. Z reguły powoduje pełną mobilizację, a to za sprawą uwalnianej w tym momencie adrenaliny i noradrenaliny - hormonów, które poprawiają krążenie oraz zwiększają częstotliwość rytmu serca oraz poprawiają napięcie mięśni. W okresach przeżywania większego stresu, takiego który trwa dłużej niż 20 minut wydzielany jest jeszcze kortyzol, który jest naturalnym hormonem steroidowym, który jeśli utrzymuje się w normie działa przeciwzapalnie i powoduje, że nie odczuwamy zmęczenia. Natomiast gdy w sytuacji długotrwałego stresu kora nadnerczy zaczyna produkować go w zwiększonej ilości i stres utrzymuje się przewlekle następuje wzrost poziomu glukozy oraz sodu we krwi, osłabiają się tkanki łączne w skórze i mięśniach, pojawia się bezenność czy nawet depresja. Typowymi skutkami stresu są: bóle głowy podwyższone tętno kołatanie serca nadmierne pocenie się drżenie kończyn zaburzenia snu spadek energii niestabilność emocjonalna - agresja, płacz, depresja Jak już nie raz wspominałam i podkreślać będę ten aspekt zawsze - każdy z nas jest inny i wyżej wymienione symptomy wcale nie muszą nas dotyczyć mimo, że jesteśmy stale poddani czynnikowi stresu. To znaczy niejednokrotnie zdarza się, że owe objawy następują dopiero po wystąpieniu wcześniej całkiem innych. Wtedy przechodzimy badania pod różnym kątem, doszukując się przyczyny pogorszenia się stanu zdrowia, odwiedzamy lekarzy różnych specjalizacji a wyniki są w normie! Jednak mimo to czujemy i widzimy że coś z nami jest nie w porządku. Tak jak do bólu to i do długotrwałego stresu nasze ciało się przyzwyczja i po jakimś czasie zaczynamy akceptować dany stan rzeczy, bo stwierdzamy, że "taka nasza uroda", "tak musi być"... Wcale nie! U mnie zaczęło się w podobny sposób i dość niewinnie. Jakoś 3 lata temu kiedy zdecydowałam się na całkowitę zmianę otoczenia, życia i wyjechałam spróbować swoich sił (całkiem sama i bez jakiegokolwiek zaplecza czy planów B, C, D...) na zachodzie. Nie żebym twierdziła teraz, że zrobiłam coś źle lub decydując się żyć w innym kraju spisałam się na straty lub że żałuję. Nic z tych rzeczy. Gdybym jeszcze raz miała dokonać wyboru, zrobiłabym tak samo. Po prostu wtedy ruszyła lawina zdarzeń, które w większej czy mniejszej mierze zapoczątkowały u mnie przewlekłe odczuwanie stresu. Nie chcę się ani żalić ani opisywać co się po kolei działo. Każdy z nas niesie swój krzyż i ma w jednek sekundzie tysiące myśli i problemów, które spędzają nam sen z powiek. Dodatkowo obowiązki dnia codziennego, praca, dom, rodzina, szkoła, terminy, rachunki, kredyty, brak urlopu - to wszystko narasta w zaskakującym tempie i nasz organizm w pewnym momencie nie wytrzymuje... Jeśli dodatkowo cierpi ktoś na tzw. "perfekcjonizm" i podnosi sobie poprzeczkę nie do przeskoczenia, co w moim przypadku jest praktycznie na porządku dziennym to prowadzimy siebie na drogę do samodestrukcji. Przyznaję bez bicia - świadomie nie pozwalałam sobie odpocząć ani wyluzować z natłokiem myśli. Jedynym momentem kiedy przestawałam odczuwać dolegliwości wywołane ciągłym stresowaniem się był czas kiedy trenowałam i spałam. Brzmi kuriozalnie, ale tak było. Potrafiłam coraz to dłużej biegać czy trenować na siłowni, bo wtedy tak skupiałam się na sporcie, że wszystkie inne problemy odchodziły w niepamięć. Godzię po treningu nadal czułam się świetnie, bo wtedy działały jeszcze tzw. hormony szczęścia, czyli endorfiny, ale po jakimś czasie gdy znowu wracałam do "szarej rzeczywistości", bóle wracały. I tak pierwszym z objawów jaki dał o sobie znać to był ból w przełyku, który w trakcie jedzenia nie występował, po prostu tak jak teraz siedząc i pisząc coś na laptopie lub prowadząc samochód, idąc do sklepu, będąc w kinie itd. czułam jakby ktoś ściskał mnie za gardło. Następnie pojawił się ból głowy, ale tylko z lewej strony, który nawet maksymalną dawką leków przeciwbólowych nie chciał ustąpić. Kolejnym etapem był ból z prawej strony pod żebrami, nie wynikający z problemów trawiennych ani niczego związanego z tym co jadłam, bolało nawet jak byłam na czczo lub długo po posiłku. Później dopiero doszły typowe objawy przewlekłego stresu jak problemy z zasypianiem, drażliwość, agresja na zmianę z apatią. Tylko i wyłącznie dlatego że czułam się bezsilna wobec tego co mi jest, a szereg badań jakich się poddawałam, aby wykluczyć ewentualne choroby nic nie wykazywał. Mimo zwiększonego dbania o swoje ciało, odżywiania się jak książka do dietetyki pisze, odpowiedniego nawodnienia, aktywności, nie picia alkoholu, nie palenia papierosów, nie stosowania żadnych używek to jednak mój organizm zaczął podupadać, a to wszystko za sprawą tylko jednego - stresu. Nawet przy tak zdrowym sposobie odżywiania jaki prowadzę doszło do zaburzenia wchłaniania witamin co spowodowało utrudnione gojenie się ran, bladość i suchość skóry. Doszukiwałam się wszystkiego możliwego, a na końcu dopiero popatrzyłam w głąb siebie i zrozumiałam, że jeśli nie zmienię podejścia do wielu spraw, jeśli nie przestanę się tak niepotrzebnie przejmować na zapas i gonić siebie samą, żeby udowodnić niewiadomo co, to przed ukończeniem 30 roku życia, nieważne jakbym się zdrowo odżywiała i ile ćwiczyła, byłabym wrakiem człowieka. Życie mamy tylko jedno i nie ma co zażynać się o przyszłość, która może całkowicie inaczej wyglądać niż sobie ją właśnie w tym momencie wyobrażamy, że będzie. Wiadomo trzeba marzyć i planować, bo to nadaje naszemu życiu sens i sprawia, że mamy ochotę wstać następnego dnia z łóżka, ale nigdy przenigdy nie wywierajmy na sobie ciśnienia, że coś musimy, że coś musi być tak czy siak. Dlaczego dzieci są szczęśliwe? Ponieważ one żyją tu i teraz, nie analizują swoich myśli, zachowań i słów. Nie żebym zachęcała teraz dorosłych do tego abyśmy przenieśli się do przedszkola czy podstawówki, po prostu spróbujmy mieć choć odrobinę beztroski jaką mają dzieci i jeśli mamy na coś ochotę, zróbmy to, jeśli mamy czegoś żałować to żałujmy czynu a nie że nie spróbowaliśmy, jeśli chcemy się zdrowo zestarzeć i z uśmiechem na twarzy wspominać nasze życie to cieszmy się tym co mamy, tym dniem, tą chwilą, nawet jeśli wydaje nam się nudna jak flaki z olejem. Wszystkie choroby zaczynają się w głowie, to wszystko zależy od naszego sposobu myślenia. Jeśli będziemy się zadręczać na zapas, to nasze ciało odpłaci nam się prędzej czy później, bo nie jesteśmy robotami i w końcu jakiś organ może odmówić posłuszeństwa. Odkąd pracuję w służbie zdrowia, mogę śmiało powiedzieć że 90% pacjentów było i jest chorych ze względu na pesymistyczne podjeście do życia i ciągły stres. Niezaprzeczalnie jest to choroba XXI wieku, z którą trudno wygrać. Moja rada w tym miejscu jest następująca: rozmawiajmy. Nie zamykajmy się ze swoimi przemyśleniami, obawami i problemami przed innym, bo żyjemy w dobie portali społecznościowych gdzie każdy tylko się chwali super życiem, ale wszyscy dobrze wiemy, że tak nie jest. Każdy z nas ma problemy i nie musimy się z nimi dzielić na łamach facebooka, pod żadnym pozorem! Dzielmy się z nimi z najbliższymi. Po to są rodzina i przyjaciele, żeby się nawzajem wspierać. Szukajmy oparcia w drugim człowieku. Właściwa osoba u boku jest najlepszym lekarstwem na każdy ból. Nie wstydźmy się niczego, bo nic co ludzkie nie jest mi obce :) Jeśli ktoś nas nie zrozumie to nie poddawajmy się od razu, na świecie są miliony osób czujące i myślące podobnie, szansa że taka osoba jest w pobliżu jest na prawdę ogromna, tylko trzeba ROZMAWIAĆ i za żadne skarby nie odpowiadać na pytanie "hej co Ci jest?" - "a nic, nic mi nie jest"... Jeśli jest to mówić i pozbywać się balastu. Mam nadzieję, że tym postem pomogłam choć odrobinę rozjaśnić spojrzenie na siebie samych :) szczęśliwego dnia !
Czytaj dalej

Laktoza oraz jej nietolerancja

28/05/2017
578
Laktoza jest dwucukrem zbudowanym z cząsteczki glukozy i galaktozy. Żeby laktoza mogła być przyswojona przez organizm, musi być rozłożona do cukrów prostych. Tak jak wszystkie węglowodany w jelitach rozkładana jest do jednocukrów i w takiej formie wchłaniana. Jej trawienie odbywa się dzięki obecności odpowiedniego enzymu, jakim jest laktaza. O nietolerancji laktozy mówimy wówczas, gdy organizm posiada ograniczoną lub całkowicie zablokowaną zdolność do trawienia tego cukru. Zaburzenia trawienia laktozy występują u osób w różnym wieku i powodują wiele nieprzyjemnych dolegliwości. Laktoza jest wartościowym składnikiem odżywczym dla noworodków i niemowląt. Stanowi łatwo dostępne źródło energii, reguluje gospodarkę hormonalną organizmu.Najwięcej laktozy - bo aż 5,1 g na 100 g - zawiera słodkie mleko owcze, jednak mleko krowie nie odbiega znacznie od tej ilości i w 100 gramach zawiera od 4,6 do 4,9 g. Skąd bierze się nietolerancja laktozy? Z nietolerancją wrodzoną spotykamy się niezwykle rzadko. Noworodek dotknięty tą przypadłością w ogóle nie produkuje laktazy i od pierwszych dni życia musi być żywiony sztuczną formułą pozbawioną mlecznego cukru. Natomiast nietolerancja laktozy u dorosłych wynika z niedoboru enzymu laktazy lub jego braku, zazwyczaj jest to uwarunkowane genetycznie i nieodwracalne. Częstą przyczyną jest również niszczenia nabłonka i kosmków jelitowych przez choroby przewodu pokarmowego. Wtórne przyczyny nietolerancji laktozy u dorosłych to m.in.: choroba Leśniowskiego-Crohna – w jej przebiegu dochodzi do niszczenia całej grubości ściany jelit, a tym samym zmniejsza się ilość prawidłowo działającego nabłonka zawierającego laktazę infekcje bakteryjne i wirusowe – są spowodowane najczęściej przez rotawirusy i adenowirusy lub bakterie, takie jak Escherichia coli, Salmonella, Shigella, które uszkadzając nabłonek jelita chwilowo upośledzają tolerancję laktozy enteropatia glutenozależna (celiakia) – prowadzi do niszczenia kosmków jelitowych i jednocześnie zmniejsza powierzchnię nabłonka jelitowego, zawierającego enzym potrzebny do trawienia laktozy nadmierne stosowanie niektórych leków – najbardziej szkodliwe są niektóre antybiotyki oraz chemioterapeutyki hamujące fizjologiczną regenerację nabłonka jelitowego,alkoholizm – alkohol jako substancja toksyczna niszczy nabłonek jelita Wszystkie te przyczyny prowadzą do czasowego lub trwałego uszkodzenia nabłonka jelitowego, a tym samym zmniejszają ilość obecnej w przewodzie pokarmowym laktazy. Na szczęście większość tych chorób można leczyć, co przywraca prawidłową funkcję jelit. Objawy nietolerancji laktozy: U osób dotkniętych nietolerancją laktozy, w zależności od stopnia nasilenia dolegliwości, objawy pojawiają się od pół godziny do dwóch godzin po zjedzeniu produktów mlecznych. Objawami są: mdłości ból brzucha wzdęcia biegunki kolki wydalanie dużej ilości gazów Dzieje się tak, ponieważ nierozłożona na cukry proste laktoza nie może zostać wchłonięta w jelicie. Zatrzymuje w nim wodę, co prowadzi do biegunek. Co więcej, staje się pożywką dla bakterii jelitowych, które rozkładają ją na drodze fermentacji, w wyniku czego powstaje bardzo duża ilość gazów. Objawy zależą w dużej mierze od ilości zjedzonych pokarmów, im więcej produktów z laktozą zostało spożytych, tym bardziej nasilone objawy. Nie mylmy alergii na mleko z nietolerancją laktozy! W przypadku uczulenia na białka mleka krowiego dolegliwości mogą dotyczyć jednego lub więcej narządów i występować w różnym nasileniu. Objawami oprócz dolegliwości żołądkowo-jelitowych są m.in. świąd, obrzęk naczynioworuchowy, rozdrażnienie, zblędnięcie, mogą wystąpić drgawki, bezdech senny, migreny a nawet zaburzenia rytmu serca! Alergia może dotyczyć kilku narządów, ale nie stawiajmy sobie sami diagnozy i nie eliminujmy mleka oraz jego przetworów bez konsultacji z lekarzem, a także dietetykiem. Wyżej wymienione objawy mogą świadczyć o innych chorobach, co musi być odpowiednio zinterpretowane przez lekarza. Nietolerancji laktozy nie da się wyleczyć, ale można nauczyć się z nią żyć, wystrzegając się produktów zawierających jej w swoim składzie, czyli: Serwatka Kazeiny Nugat Ser Masło Zsiadłe mleko Jogurt Suche mleko w proszku Sucha masa mleczna Laktozę w przemyśle spożywczym stosuje się przy wyrobie: wędlin, kiełbasy i innych wyrobów mięsnych, przypraw (najczęściej jest to zawartość śladowa ale niestety jest to zawartość która może wywoływać reakcje alergiczne). Ponadto ok 20% lekarstw również zawiera w swoim składzie laktozę. Stosuje się ją w produktach farmaceutycznych jako substancję pomocniczą lub jako wypełniacz, bo jest tania i nadaje smak. Laktozę zawierają między innymi: suplementy diety, leki homeopatyczne, doustne środki antykoncepcyjne. Zazwyczaj nie ma potrzeby całkowitej rezygnacji ze wszystkich mlecznych przetworów, gdyż kwaśne produkty typu kefir, zawierają niewiele laktozy, a także bakterie, które pomagają ją rozłożyć. Wiele twardych serów jest kompletnie pozbawiona tego dwucukru. Na rynku dostępne są również środki, które zawierają laktazę, dzięki której można pozwolić sobie spożywać produkty mleczne. W sklepach możemy znaleźć produkty mleczne "bez laktozy". Dostępne na rynku mleko bez laktozy uzyskuje się poprzez dodanie do niego enzymu laktazy wyprodukowanej dzięki metodom inżynierii genetycznej. Zatem przestroga dla osób, które nie mają nietolerancji laktozy a sięgają po tego typu produkty! Jeśli sami dostarczamy organizmowi enzym do rozkładu laktozy, zmniejszy on jego produkcję, bo nie będzie już potrzebny. W takiej sytuacji mamy do czynienia z wtórną nietolerancją laktozy. Jeśli będziemy chcieli po pewnym czasie napić się mleka z laktozą musimy liczyć się z dolegliwościami żołądkowymi.
Czytaj dalej

Dłuższa przerwa w treningu - co teraz?

09/05/2017
233
W życiu każdego sportowca, czy to amatora czy zawodowca może przdarzyć się kontuzja, która nie tyle co na kilka dni wytrąci z regularnych treningów jak nawet na kilka miesięcy. Bywa również tak, że z treningów musimy zrezygnować na jakiś czas z powodów osobistych, zawodowych etc. Co wtedy dzieje się z naszym ciałem? Jak zapobiec znacznej utracie ciężko wypracowanych mięśni? Na szczęście matka natura zaprogramowała ludzki organizm tak, że powrót do formy po dłuższej przerwie nie powinien być aż tak "bolesny" jak początki treningowe osób w ogóle nie ćwiczących. Na wstępie przytoczę fragment tekstu z Wikipedii odnośnie tzw. "pamięci mięśni": "Pamięć mięśniowa pozwala wykonywać zadania sensualno-motoryczne, których nauczyliśmy się w sposób intencjonalny – przy pomocy świadomego treningu". Od strony biologicznej sprawa ma się następująco: jeśli regularnie trenujemy (nieważne jaki sport - liczy się fakt regularności treningów) to intensywny wysiłek powoduje, że mięśnie stają się silniejsze oraz grubsze. Jest to związane z tworzeniem nowych miofibryli, a ściślej produkcją większej ilości aktyny i miozyny. Aby białka te miały szansę powstać potrzeba jest dodatkowej ilości jąder, niż ta występująca w standardzie. Dochodzi do podziału i zwiększenia ilości jąder wewnątrz komórek. Rozrastająca się wraz z treningiem komórka potrzebuje dziewięciu miesięcy, by uznać, że osiągnęła stan, który powinna zachować. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że aby nasz organizm szybciej wracał do formy po długiej przerwie musi być uprzednio minmum 9 miesięcy regularnie poddawany obciążeniom treningowym. Taki jest minimalny czas aby zainicjować w ciele powstania tzw."pamięci mięśniowej". Jeśli trenujemy intensywnie pół roku po czym odpuszczamy to na pewno kolejny powrót będzie równał się startu z pozycji 0, jak nie gorzej... Okres przerwy sportowej powoduje zmniejszenie wielkości komórek mięśniowych, ale naprodukowane uprzednio jądra pozostają w swojej ilości. Kiedy przestajemy ćwiczyć nasza masa mięśniowa ulega zredukowaniu do minimum, nasz organizm już jej nie potrzebuje, jest dla niego jedynie zbędnym balastem który zabiera cenną energię do funkcjonowania organizmu. W wyniku braku aktywności fizycznej następuję rozkład białek na aminokwasy, które znajdują swoją rolę na przykład w dostarczaniu energii do innych tkanek. Jednakże co bardzo ważne dla nas oraz pamięci mięśniowej w całym tym procesie nie zmniejsza się ilość jąder komórkowych. Dlatego gdy nadejdzie moment powrotu do treningów, łatwiej, szybciej i mniej boleśnie przyjdzie nam wywindowanie swojej kondycji i siły do stanu przed przerwą. Niemniej jednak należy w trakcie okresu beztreningowego poddawać swoje mięśnie w miarę możliwości delikatnym obciążeniom, aby komórki dostawały sygnał do działania. Nie usypijmy swojego ciała! Chodźmy na spacery (np. nordic walking), na basen, parkujmy dalej od miejsca gdzie chcemy się udać, tak żeby zagwarantować sobie dziennie (zalecane przez lekarzy i fizjoterapeutów) 10 tysięcy kroków ;) Żeby ułatwić sobie kontrolę aktywności ruchowej można do tego celu zakupić krokomierz lub bardzo popularny, aczkolwiek droższy gadżet, czyli fitnesstracker. Jeśli przerwa związana jest z kontuzją to zamiast czekać aż "samo przejdzie" nalegam wręcz na wizytę u rehabilitanta, aby od specjalisty dowiedzieć się co można samemu w domu robić np. oglądając telewizję, wykonywać delikatne ruchy przy pomocy taśm terapeutycznych itp. Pod względem odżywiania powinno się zredukować na ten czas ilość spożywanych kalorii o taką jaką z reguły potrzebowaliśmy do wykonania treningu. Teraz kiedy go nie ma nasze ciało nie przerobi tego na energię lecz na tłuszcz. Należy jeść mniej, ale zachowując zdrowe proporcje ilości białek, tłuszczów i węglowodanów (dla przypomnienia 20–30 % białka 50–65 % węglowodanów 15–25 % tłuszczów. W przeliczeniu na kilogram masy ciała: 1–2 g białka /kg masy ciała 3–5 g węglowodanów /kg masy ciała 1–1,5 g tłuszczów /kg masy ciała).
Czytaj dalej